6 stycznia w uroczystość Objawienia Pańskiego chór Cantores Mariae spotkał się w salce parafialnej na śpiewaniu kolęd. Spotkanie poprzedziła Msza św., gdzie na rozpoczęcie mocno zabrzmiała zaśpiewana wraz z całym kościołem kolęda Mędrcy świata, Monarchowie, a w czasie Eucharystii chór wykonał kilka kolęd: Rozkwitnęła się lilija, Dzisiaj chór aniołów, Noc cicha w śnie, Zapłonęła gwiazda.

W salce parafialnej czekała na nas przygotowana przez chórzystów agapa – pyszności „na słono”. W tym roku było nas znacznie więcej niż przed rokiem, bowiem chór liczy już 35 członków, toteż stoliki, ciasno ustawione obok siebie, sięgały od ściany do ściany. Tenory jak zwykle skupiły się na jednym końcu, na środku zaś usiadł nasz dyrygent, pan Mateusz. Po chwili dotarli do nas oczekiwani duszpasterze – ks. proboszcz Dariusz, ks. Dawid, a nieco później ks. Łukasz. Księża, choć utrudzeni po kolędach, wnieśli humor i radość, a atmosfera, jak zwykle u nas, radosna, jeszcze bardziej się ożywiła.

Na wstępie głos zabrała Marysia Żurowska, która była inspiratorką niespodzianki zgotowanej naszemu Dyrygentowi. W imieniu chóru wręczyła mu prezent – batutę w skórzanym futerale. Ciekawie i dowcipnie opowiedziała historię tej batuty. Otóż liczy ona bez mała 70 lat, a przywiózł ją ze Lwowa na Śląsk Franciszek Ryling, skrzypek, dyrygent, pedagog i kompozytor. W jego to chórze śpiewał, również przybyły ze Lwowa pan Żurowski, ojciec Marii. Gdy kiedyś dyrygent zdenerwował się na jednego z członków orkiestry, batuta uległa złamaniu i poprzez ojca znalazła się w posiadaniu Marii. Teraz odrestaurowana, z wygrawerowanym napisem: „Maestro Mateo”, z nową oprawą, została wręczona panu Mateuszowi od chóru, jako symbol władzy dyrygenckiej, chociaż dyrygenci chóralni de facto nie używają batut, lub czynią to bardzo rzadko. Maria opowiedziała też historię Jeana-Baptiste Lully, znanego kompozytora i dyrygenta na dworze „króla słońce” – Ludwika XIV. Dyrygent w owych czasach stał tyłem do kierowanej orkiestry a przodem do króla, a batutą dyrygencką była duża laska, podobna do tych, jakie teraz używa się w orkiestrach wojskowych. Lully uderzył się niechcący taką ostro zaostrzoną laską w palec stopy, dyrygując z pasją zespołem muzycznym, z którego wykonania akurat nie był zadowolony. Kilka tygodni później zmarł wskutek zainfekowania rany. Na zakończenie Maria stwierdziła, że nasz dyrygent jest na służbie najważniejszego Króla, któremu my śpiewamy na chwałę, a który od ewentualnych, niebezpiecznych przypadków ma moc go uchronić.

Dalszą część wieczoru wypełniła wieczerza przerywana kolędami śpiewanymi wespół z Księżmi, przy akompaniamencie naszego Dyrygenta. że aż się mury trzęsły. Nie zabrakło ulubionej pieśni: Bracia, patrzcie jeno, śpiewanej na dwa chóry, męski i żeński.

Maria Major